“Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie”: recenzja polskiego dubbingu

gwiezdne wojny skywalker odrodzenie recenzja dubbingu

Najnowsza część sagi Gwiezdne wojny, “Skywalker. Odrodzenie”, zadebiutowała wczorajszym wieczorem w polskich kinach również w wersji z polskim dubbingiem. Jak wypada podsumowanie całej historii z punktu widzenia dubbingu? Oceniamy!

Przede wszystkim należy podkreślić jedną ważną kwestię: obecnie dubbingi realizowane i nadzorowane przez Disneya są świetne – bez wyjątku. I nie chodzi o dobór konkretnych ról, a zwyczajnie o dbałość o detale. Gra aktorska zazwyczaj nie zawodzi, co rusz jesteśmy zaskakiwani ciekawymi obsadowymi pomysłami reżyserów. W tym konkretnym przypadku tyczy się to też samego w sobie filmu. Disney robi świetne filmy. Tylko czasami coś nie pyknie.

Absolutnie, i znów należy to bardzo wyraźnie podkreślić, nie mam żadnych zastrzeżeń do gry jakiegokolwiek z aktorów, bo jak zwykle wykonali swoje zadanie na sto procent. Genialne powracające role Weroniki Humaj, Marcina Bosaka, czy Sebastiana Fabijańskiego (który bardzo poprawił się względem “Ostatniego Jedi”) tak bardzo kleją się z bohaterami, że brak ich nazwisk przy tych aktorach w innych produkcjach będzie traktowany jako grzech. Wszak dążymy do systemu opracowanego przez Niemców, w którym każdy aktor ma swojego aktora, którego wszędzie dubbinguje. Niezwykle miło jest znów usłyszeć Dorotę Kolak w świetnej formie, choć to ostatni raz, gdy miała okazję użyczyć głosu księż… generał Lei ze względu na śmierć oryginalnej aktorki, Carrie Fisher. Głos Luke’a Skywalkera co prawda zmienił się, bo Mariusza Benoita zastąpił w tej części Jerzy Radziwiłowicz, jednak różnica jest niemalże nieodczuwalna, w szczególności biorąc pod uwagę niewielką ilość kwestii bohatera. Do tego faktu jednak odniosę się jeszcze za moment.

Nowe oraz nowopowracające postacie również zagrały w polskiej wersji. Janusz Łagodziński w roli generała Pryde’a spisuje się tak samo, a może i nawet lepiej niż Sławomir Grzymkowski, który już tego aktora wcześniej dubbingował (w filmie “Logan: Wolverine”) – głównie ze względu na większe dopasowanie wieku. Poza tym wydaje się o wiele mniej charakterystycznym głosowo aktorem, dzięki czemu jako widz nie skupiałem się na tym jak brzmi, a na filmie i wątkach. Keri Russell wcielającej się w zamaskowaną przez większość czasu Zorri Bliss ponownie użyczyła głosu Anna Dereszowska. Niewiele jest tu do powiedzenia bo z zimną stalą kleić się będzie przecież wszystko. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że reżyser postanowił zachować aktorkę po tym, jak dubbingowała już Russell w filmie “Opowieści na dobranoc” ponad 10 lat temu. Z niewielką rolą w nowej produkcji powrócił również Lando Calrissian, któremu na potrzeby pierwszego występu w swojej starszej wersji musiano nadać nowy głos. Wybór padł na Leszka Teleszyńskiego, którego mało w dubbingu słychać (dlatego to jest pierwszy plus) oraz świetnie spajał się z postacią (a to jest drugi plus), dzięki czemu ogólny odbiór jest bardzo pozytywny. Szkoda, że ani oryginalny aktor, ani jego odpowiedni nie grają już tyle…

Jest też Imperator Palpatine, czyli główny zły poprzednich filmów, który powraca w ostatniej części sagi by znów być głównym złym. Tym razem głosu użycza mu Adam Ferency. Nie możliwym było zachowanie jego poprzedniego głosu, gdyż zarówno Janusz Bukowski, jak i Ryszard Nawrocki od dawna nie żyją. I o ile Ferency jest aktorem wybitnym, to pasuje raczej średnio i broni się jedynie grą. Podobne odczucia miałem co do niego w ostatnich “Piratach z Karaibów”, gdzie wcielając się w Barbossę, do którego absolutnie nie pasował brzmieniowo, obronił się kunsztem aktorskim. Ale ile tak można?

Rozumiem absolutnie, że każdy reżyser ma swoich ulubionych aktorów, ale powoli zaczynam mieć przesyt jeśli chodzi o dubbingi pana Modestowicza. Jest świetny i sposób w jaki prowadzi aktorów i jakie rzeczy potrafi z nich wycisnąć mnie wciąż zaskakuje, ale przy dwóch ogromnych franczyzach, które prowadzi sam, wieczne powtórzenia zaczynają już nużyć. Brak im świeżości. W finałowym zwiastunie głosem Palpatina był sam Andrzej Serweryn i ogromna szkoda, że nazwisko tego pokroju nie dostało się do finałowej obsady. Jak udało mi się dowiedzieć, było to jednak związane z brakiem możliwości aktora do nagrań, a nie winą studia, reżysera, czy mitycznych “amerykańskich producentów”. Niemniej jednak, brak zachowania głosu Mariusza Beniota, którego dwa lata temu Modestowicz sam obsadził w roli Luke’a oraz brak zachowania Benoita w pierwszym zwiastunie “Czarnej Wdowy” (gdzie aktor wcielał się w generała Rossa) może sugerować nam jedynie tyle, że reżyser odcina się od kolejnego artysty. To niemalże identyczna sytuacja, w jakiej znaleźliśmy się ze wszystkimi rolami Grzgorza Wonsa parę lat temu – stracił zarówno rolę C-3PO oraz Howarda Starka w dwóch wielkich seriach filmowych, prowadzonych przez Modestowicza. Konflikt między panami? Może, może nie, ale z pewnością nie powinno to wpływać na jakość tworzonych przez niego dubbingów. Dziwi również brak Lidii Sadowej w roli Maz Kanaty, którą w tej części zagrała Paulina Holtz. Co prawda efekt pozostał, bo obie aktorki brzmiały w postaci bardzo dobrze i bardzo podobnie, ale czy te wszystkie zmiany są aż takie nieuniknione?

Czarę goryczy przelewają natomiast występy gościnne. Owszem, otrzymaliśmy polskie głosy Dartha Vadera, Mistrza Yody, czy starego Obi-Wana, jednak właśnie ze względu na to, że występowali tylko jako głosy odnosze wrażenie, że inne camea zostały potraktowane po macoszemu. W jednej z finałowych scen do Rey odzywają się bowiem głosy dziesiątek Mistrzów Jedi. W oryginalnej wersji otrzymujemy takich artystów jak Liam Neeson, Samuel L. Jackson, czy Hayden Christensen, którzy powracają w swoich niemalże już ikonicznych rolach z poprzednich filmów. Nie dostajemy jednak żadnego znanego nam głosu w polskiej wersji, a jest to niezbędne, żeby dać możliwość widzowi dobrze odebrać scenę. Obecnie głos Krzysztofa Stelmaszyka kojarzy mi się wyłącznie z Nickiem Fury’m z Kinowego Uniwersum Marvela, a co za tym idzie – słysząc go widzę Samuela L. Jacksona. Słysząc Stlemaszyka w tym filmie widziałbym Mace Windu, ale w chaosie głosów nie jestem nawet w stanie stwierdzić, czy aktor cokolwiek mówił. Bo nie wiem jaki ma głos. Rozumiem jaką ścieżką podąża Disney w przypadku powielania istniejących już w uniwersum głosów, jednak w tym przypadku było to więcej niż potrzebne. Kanan Jarrus, postać znana z serialu “Star Wars: Rebelianci” nie jest co prawda ikoniczny, jednak głosu użyczał mu Piotr Grabowski, który w “Skywalker. Odrodzenie” jest już obsadzony (aktor Greg Grunberg gra pilota Snapa Wexleya). Modestowiczowi nie przeszkadzały jednak podwóne role Michała Pieli w ostatnich Avengersach, więc również w przypadku tej produkcji powielenie głosów byłoby niezauważalne dla zwykłego widza, a wychwytywalne dla fanów dubbingu.

Warto wspomnieć również o dialogach. Jan Jakub Wecsile jest uważany przez wielu za „partacza” ze względu na różne śmieszne nazwiązania oraz trendy teksty, które umieszcza w filmie. I może niektórzy mają rację, a może nie – większość z zarzucanych mu błędów wcale mnie tak nie raziła. W tym jednak filmie trochę inny aspekt tłumaczeniowy przykuł moją uwagę. W jednym z dialogów pomiędzy Palpatine i Rey pada stwierdzenie, że bohaterka zostanie nową „Imperatorową Palpatine”. W obecnych czasach język polski przeżywa ogromne (polityczne) zmiany i walka o tzn. „żeńskie końcówki” wciąż trwa w najlepsze. Niezależnie od tego co jednostka na ten temat myśli to określenia „lekarka”, „polityczka”, czy „prezeska” są poprawne i jedynie kwestią przyzwyczajenia jest używanie ich w codziennym życiu. To sytuacja analogiczna do kwestii dubbing-lektor w polskiej telewizji – przyzwyczajenie widza. Filmy są czymś, co kreuje naszą rzeczywistość, więc jak najbardziej pochwalam tego typu zabiegi. Niemniej jednak, dla osoby wciąż nieprzyzwyczajonej poczułem się jak przy Michałowej na plebanii. Trzeba przywyknąć.

Jak wspomniałem, ciężka i katorżnicza praca przy nagraniach tego typu filmów jest dla mnie niewyobrażalna i podziwiam twórców polskiej wersji (nie tylko tego filmu!) za wytrwałość i dostarczanie nam najlepszych jakościowo dubbingów. Nie można jednak pozwolić, żeby fanserwis, który stara się nam dostarczać w filmach Disney był zaprzepaszczany przez sztywne granice produkcji, czy prywatne różnice.

OCENA:

7.5

 / 10

Powiązane strony

Dodaj komentarz