“Ratujmy Florę”: recenzja dubbingu

ratujmy florę recenzja dubbingu

Forum Film Poland to dystrybutor, który nie często podejmuje się zlecania polskiego dubbingu do swoich produkcji. Doczekaliśmy się go w Hobbitach, “Tomb Raider”, czy ostatnio przy animowanej “Rodzinie Addamsów”. Zdaje się ostatnim takim filmem od nich w tym roku będzie familijny obraz zatytułowany “Ratujmy Florę”. Jak wypada jej polska wersja językowa? Oceniamy!

Film opowiada o 14-letniej Dawn, córce właściciela cyrku, która wyrusza w daleką podróż wraz z tytułową słonicą, Florą, by uchronić ją przed jej przykrym losem. Zwierze jest bowiem stare i nie nadaje się do leczenia, a cyrku nie stać na jej utrzymanie – dlatego zarządca postanawia ją uśpić. “Ratujmy Florę” to kino familijne stworzone dla widzów młodszych. Chyba tu właśnie twórcy postawili na niej krzyżyk, tworząc obraz nieskładny i nielogiczny w bardzo wielu miejscach. Na szczęście – nie powinno to psuć seansu dzieciom, które prawdopodobnie nie zauważą tak dobitnych błędów i beznadziejnie prowadzonej narracji.

Jakość wykonania dubbingu pod jej batutą Elżbiety Mikuś, czyli twórczyni polskiej wersji językowej ze studia Master Film, jest z reguły dość wysoka. Tyczy się to zarówno omawianego filmu, ale też wielu poprzednich, które widziałem. Mówimy tu o świetnej grze i świeżych nazwiskach – nie celebrytach i znanych aktorach, a dobrych aktorach, których dawno nie miałem okazji usłyszeć. Również kwestie realizacyjne, za które była odpowiedzialna, czy montaż polskich dialogów, czym zajęła się Gabriela Turant-Wiśniewska, nie budzą większych zastrzeżeń.

Autorem dialogów był doświadczony tłumacz Bartek Fukiet, spod pióra którego w tym roku wyszło już parę dobrych produkcji, takich jak “Był sobie pies 2”, czy “Praziomek”. Nie dziwi więc, że tekst wypowiadany przez aktorów jest naturalny i raczej nie burzy iluzji, którą dubbing próbuje stworzyć. Być może jedynym takim momentem była jedna z początkowych scen Sebastiana, w której jego wujek karci go za kradzież telefonu nie odmieniając przy tym słowa “smartfon”: “Przynieś jakiś smartfon”. Być może jest to forma poprawna językowo, jednak nikt tak nie mówi. Być może też nie jest to wina tłumaczenia, a taka forma została wykorzystana podczas samych nagrań, ale przyznam, że podczas seansu poczułem konsternację.

W głównych rolach w polskiej wersji wystąpili Zofia Modej, Kamil Bijoś oraz Jan Janowski i wykonali swoje zadanie bardzo dobrze. Początkowo do głosu głównej bohaterki trzeba było się przyzwyczaić, ale nie ze względu na grę, a otwartość jej dialogów. Dawn mówiła bardzo jasnym głosem, a wiąże się to z charakterem jej postaci, czyli energicznej i zawsze chętnej do pomocy dziewczynki. Momentami jej postać wyglądała jak wyciągnięta z sitcomu, ale w odrobinie lepszej, kinowej jakości. Tak też niestety musiały wyglądać jej dialogi, ale to zasługa wersji oryginalnej, do której twórcy musieli się dostosować. Fenomenalnie wypada w swojej roli Kamil Bijoś, którego głos ani przez chwilę nie sprawiał wrażenia oderwanego od postaci i siedział w niej ze skupieniem czekając, by znów móc wybrzmieć. Podobne wrażenie odniosłem przy Janie Jankowskim, którego w dubbingu bardzo dawno nie słyszałem, a który tak naprawdę musiał wcielić się w dwie role: ojca, stawiającego czoło problemom rodzinnym i zawodowym oraz artysty, którym był na scenie podczas przedstawień. To dwa zupełnie różne charaktery, stojące do siebie w opozycji. W obu aktor wypadł bardzo przekonująco i to nasuwa ważną myśl: dlaczego tak mało go w dubbingu?

W mniejszych rolach w produkcji możemy usłyszeć głosy takich aktorów jak Dorota Landowska, Marek Walczak, czy Sebastian Stankiewicz – cała trójka z równie ważnymi drugoplanówkami. Pierwsza wciela się w damę, artystkę, Isabellę. Wyniosłą, choć ciepłą w środku. Marek Walczak to dla mnie z kolei odkrycie, bo aktor, który użyczył głosu kłusownikowi Runyonowi, w dubbingu dotychczas nie grał (a przynajmniej nie zostało to w żaden sposób udokumentowane). Oboje aktorów choć robią co mogą, muszą niestety poddać się infantylnej wersji oryginalnej i kłamać w żywe oczy (kłapać w żywe uszy?). Postacie są karykaturalne i silą się na prawdziwość, stąd też i nasi aktorzy są zmuszeni iść w ich ślady. Sebastian Stankiewicz natomiast wciela się w pomocnika postaci granej przez Marka Walczaka – i tu najbardziej słychać różnicę. Jego Bob to, kolokwialnie mówiąc, przygłup, dzięki czemu aktor nie był rozdarty pomiędzy “zagraj przygłupa”, a “zagraj przygłupa poważnie”. Mógł w pełni oddać się swojej jednolitej postaci, jak to w tego typu filmach bywa, i brzmi z całej trójki najprawdziwiej. Należy też odnotować bardzo pozytywne mniejsze występy aktorów jak Przemysław Bluszcz, który jest klasą samą w sobie, czy Ewy Wencel w bardzo niewielkiej roli. Przy niej w głowie kłębi się tylko jedna myśl: nie wiesz, że jej potrzebujesz dopóki jej znów nie usłyszysz. Mam wrażenie, że momentami o wiele lepiej wychodziły mniejsze epizody (np. pracowników cyrku), niż role drugoplanowe. I tak oto Michał Sitarski, Jakub Kamieński, Karol Wróblewski, czy Szymon Roszak świetnie wypadają w rolach swoich postaci i zostawiają bardzo przyjemne wrażenie, a wcale dużo ich nie ma.

Ciężko jest ocenić dubbing tylko przez pryzmat samych głosów, czy gry polskich aktorów. Dubbing jest połączeniem dźwięku i obrazu, a jeśli otrzymujemy średni realizacyjnie i aktorsko film, ciężko oczekiwać, że dubbing naprawi wszystkie jego wady. Jak to bywa, słaba produkcja ciągnie w dół też polską wersję. Niemniej jednak, należy pamiętać o tym przy ocenianiu pracy rodzimych twórców. Elżbieta Mikuś zrobiła kawał dobrej roboty i zapewne uratowała przy tym sporą część produkcji. O wiele ciekawszym jednak zadaniem byłoby postawienie przed twórcami nowej części przygód Bonda, którego zwiastun zadebiutował wczoraj w sieci. Forum Film Poland, który jest dystrybutorem również tego obrazu, ma niezwykły potencjał w studio Master Film, który warto wykorzystać lepiej niż tylko na filmy dla młodszej widowni.

OCENA:

 / 10

Powiązane strony

Dodaj komentarz